|
*wiat
"on właśnie zgubił klucz wiolinowy i na dodatek śpi z chłopcem
którego znam..."
żal w żelu
Potrzebny bilecik, poszarpany, jaki w kinach do zamknięcia dają, na papierze jakby z przerobienia, z kartki starej albo innej miazgi, szorstkim w palcach, z nadrukowanymi wielkimi kwotami na granatowo, na bordowo, z zerami sześcioma wzwyż, tak żeby w deszczu pieczątka na dłoni zostawała na zawsze, a chociaż do pierwszego mycia odkładanego w czasie. Taki cały bilecik w inną rzeczywistość najlepiej za nic, za darmo, prosto z dziury w ścianie bo dostatki nie dane w te ostatki mi wcale, czym przejmować się i owszem tak robię.
Co największą ulgę przynosi, to brokat na chlebaku, na kartonie soku z prawie stu procentowych pomarańczy, na kubku się przyklei, na lustrze w łazience, pod nogami, na prześcieradle dzięki trans wycieczkom najbliższej mi teraz gwiazdki, sypie się cała mając gdzieś najdroższe na świecie swe cząstki, oczami przewraca, nadyma się, uśmiecha i upija najładniej, rozmazuje makijaż i rajstopom robi oczka na obcasach, już nikt się nie dziwi już normalnie teraz ma, samotnie.
Dużo mam chwil teraz różnych, tych z sortu dla siebie, ktoś przydzielił mi ich tyle jakby dawał mi określoną ilość czasu, że niby już nie długo pod uwagę brać mnie nie trzeba będzie, i owszem korzystam, dwa razy rzęsę swoją na języku znalazłem, korektę zamierzeń robię, dawkuję zmartwienia, po łyżeczce małej, bez przesady, alkohol odwrotnie do przedawkowania, czy zmieniać coś chcę naraz, teraz?
Długo już, wszystkie pogodowe pory właściwie tu ja bez ruchu tkwię, gdzie w nocy szum słychać zawsze ten przytłumiony, ożywiony chociaż już przestać powinien, z łazienkowego okna, godzina druga w nocy zaczyna pączek lecieć z drożdżówką szkolną zapachem i eklerki i pieczywo na stoły poranne, pokryte plastikową ceratą pooblepianą kawą słodką, wszystko Pan w białym fartuchu robi w nocy dla mnie, dla całej ulicy, szczęśliwy mimo dyplomów z uśmiechem niezmiennym, z posiniałymi oczami.
Żelem smarujemy się cali, no włosy pominę, nie wsiąka ten żel bo klasyczny i bez innowacji, bez koenzymów, bez udogodnień, normalny, stary wszystkim znany z żalem w składzie głównie, ordynarny, najtańszy, mój.
2007-02-14 02:44:27 skomentuj
ostro-ostry S.O.S życiowy
Pytanie czy chce, czy jeszcze mogę taki oblepiony malinowym koncentratem, z oczami kaprawymi, w brudnym t-shirtcie, nieciekawą miną uśmiechową, niepasującą, przezroczyście zabarwiony, stać tu, być tu, patrzeć na to, na tamto? Robić, to co zrobić muszę bo konsekwencje pod nogami wyrastają, nie do przeskoczenia, nie do ominięcia.
Zastanawiam się dwa razy dziennie jaka ta cyfra, po co data, wpisać trzeba, póki nie zapytam otoczenia zapętla mi się czas, takie hula hop, żeby był tak giętki jak ciągotki na wagę, wężyki na ten przykład, na ząb miałbym coś często nawet.
Że sobie nie radzę, widzę przecież, oczka mam, różowa wódka a ściany według hollywoodzkiego zamysłu, od alkoholu przytyć już potrafię, tak bez sensu w bezkresie poczuć się też.
W kieszeniach dwa klucze noszę, duże, ciężkie, złom taki, co z tego jak drzwi nie ma? I nic poza tym mi się nie śni, a chciałoby się pomarzyć bez wyrzutów sumienia o przyjemnościach takich dla nastolatków, wyalienowanych.
Już, że powinno mi przechodzić, przyzwyczajenie, czas leczy rany, utarte slogany, pieprzenie, przytulanie, pocieszanie, ale nie bo przecież jeszcze, zawodzenie, po kątach osamotnienie, walenie głową w ścianę, ręka, noga, mózg też na niej, ból największy, nikt nie wierzy.
A pomarszczonych dłoni wazeliną smarowanych, cytrynówki w szklankach, licytacji, zakładów o papierosy i wspólnych śniadań, rozmów pokoleniowych między, rad zawsze dobrych, uśmiechów prawdziwych, zrozumienia jedynego, bez tych głosek, sylab, słów całych, nie ma już i nie będzie, tak jak Jej. Mnie połowa prysła, w ulubionym kostiumie z guzikami białymi, zasnęła blado, ale jakby z uśmiechem, życzeniami na lepsze, gdziekolwiek tam.
2005-12-28 21:08:40 skomentuj
ziarenko ryżu rozgniataj paznokciem
Tramwaj linii 19 ten z tłustymi szybami, bo ludzie opierają z bezsilności o nie głowy, ten w którym nikt nie kasuje biletu, ma dziesięć przystanków a wszyscy smutni wysiadają na ostatnim, kilka metrów od specjalistycznego szpitala, drzwi oddziałowe na dzwonek, foliowe buty i obrzydliwość świadomości, że nie będzie już jak dawniej.
A jaka jest miara śmieszności pracy w koralikach świetlnych dyskotekowej kuli, zakręcaniu butelek z cieczami szybko parującymi-alkoholowymi. Wlewanie w siebie tego co nie sprzedane, pamiętanie o rzeczach najistotniejszych nie załatwionych, odwiedzanie farmaceutów z jednym tylko życzeniem które zawsze chętni spełnić, niedosypianie, niedojadanie, niedooddychanie, niedowartościowanie, często, gęsto jak w słabo rozcieńczonym kisielu.
Litry łez takich z oczu, niewidocznych dla mnie nawet bo przecież przezroczystych przelewać wciąż można, to takie destruktywne zachowania w obronie przed nieuniknionym, nowym, przewidywalnym do końca, bo nic się nie zmieniłem mimo tych cieni warszawskich na powiekach. W wolnej chwili wierce sobie dziurę w pępku palcem serdecznym, może uzdrowię się jakoś od wewnątrz a zewnątrz samo przyjdzie świeże? I teraz jest wrzesień, co mnie cieszy najbardziej, lunapark zabłyśnie kolorami dla dzieci i dla mnie.
2005-09-18 12:10:03 skomentuj
gry (do)słowne z trzema dziwkami poobiadowo
2005-06-29 09:04:57 skomentuj
Beza napęczniała
Każdy ma coś, studenci swoje juwenalia, przebieranki, karuzele myśleniowe, zakochani swoje szczęścia, przyjemności te największe, niezbywalne, panie w fabryce czekoladek ten zapach i produkt dający wypłatę na rękach rozpuszczony, babcie wnuki czekające na obiad, ludzie modni trendy mają, kolejarze stukot miarowy i kanapki w torbie, dzień, co dzień.
Ja też coś mam, może więcej niż się zdaje, taka wątpliwa przyjemność masturbacji, świadkiem księżyc, bo w łazience okno już otwarte, to się wkrada a ja przymknięte oczy mam, bo wstyd trochę, choć on widział wiele. I mam listę filmów, wypunktowaną, numerowaną po kolei rokiem zaistnienia, do przypomnienia, bo wymagać będą na Piłsudskiego w tym budynku ze ścianami pooblepianymi informacjami o castnigach, dusznym, usłanym petami tanich, mocnych papierosów. Mam też alkoholu dużo w sobie i poza sobą, już taki przesycony jestem, oczy nieobecne, smutno, smutno, niepotrzebności, zboczenia gombrowiczowskie wchodzą mi w nawyk, a wszyscy jeść każą to to, to tamto i jem bezy stare, zbrylony cukier chrzęści w zębach.
Chciałbym coś mieć jeszcze, coś mnie denerwuje uje je e, bo sam nie wiem czym/kim mogłoby być.
Uśmiecha się do mnie to słoneczko potworne, raz zza chmurki raz czerwone ze złości, chore jakieś, więc je zamykam szybko, za każdym razem szybciej-znika, spokój ma ono i ja.
2005-06-02 14:16:42 skomentuj
Wertera przeżycia skądś znajome
Zmiany, zmiany, których nigdy nie lubiłem, zmiany same w sobie, ode mnie niezależne. Po raz drugi uświadomiono mnie (co powinno być już po pierwszym razie oczywiste), że jako przedmiot, do kochania się nie nadaje, całkowicie niedostosowany, może źle skonstruowany. Ktoś powinien zabrać mi tą cholerną cechę, której nijak pozbyć się nie potrafię, tego przywiązywania się do ludzi, odczuć i rzeczy, tej naiwności zawsze pierwszej na mecie, tego bezpodstawnego idealizowania swojego życia, męczę się sam z sobą przed długi czas żeby wrócić do normalności, potem zewnątrz ofiarowuje mi bombę wymierzoną w sam środek poukładanych z cierpliwością puzzli i muszę zaczynać od nowa.
Gwiazdka pożegnawszy się z kontaktem, świecić już nie chce, ja o nic nie pytany, nie mający wpływu na jej decyzje płakałem dni kilka nad swoją bezsilnością.
W szpitalu jakoś ciepło, pielęgniarki choć ich mało, są nowe, świeże, ruchliwe, jeszcze nie przesiąknięte jękami bólu i ciągłymi nawoływaniami, przychodzą, pytają, przynoszą, każą połykać, podwinąć rękaw, jeść, uważać na welfron, nie palić, odpoczywać.
Jest i Marcin jeden z moich ulubionych nadwrażliwców, nieradzący sobie z rzeczywistością, na życzenie opowiada o swoim dzieciństwie, o dziadku astrologu, o lunecie, która czeka na niego w domu, o rakietach i wielkich wyprawach, o wielkich kosmonautach i marzeniach nie do spełnienia, pozornie nudne słowa wypływające z niego jak z automatu na pieniążki pozwalają oderwać się od wspomnień, czasem zasnąć na suchej poduszce.
Szanowna komisja prezentację maturalną wyniosła na szkolne podium, chwaląc uprzejmie i gratulując stopnia najwyższego.
2005-04-22 12:45:23 skomentuj
kłębek taki - prawie kokon
Rozdrażnienie pomieszane plastikową łyżeczką sałatkową ze zdenerwowaniem zastąpiła jakże nieznośna obojętność i zmęczenie. Nic już nie planuje, dochodząc do wniosku, że deja vu pojawia się w najbardziej znaczących momentach życia i samo wie dobrze, co stanie się za dzień, tydzień, miesiąc, daje mu więc wolną rękę. Zastanawianie się nad drogą, którą wybierze wyparło sto tysięcy innych całkiem świeżych doznań godnych rozpamiętywania kilkakrotnie w ciągu minuty.
Obserwacje szkolnych sytuacji stresogennych wprawia mnie w nieprzyjemne wyobcowanie, pozostawia z napoczętym frugo w ręku i ukochanymi słuchawkami powstrzymującymi natarczywe dźwięki rzeczywistości. Opracowania prezentacji maturalnych zastępują dyskusje na temat najlepszej metody depilacji stref skrzętnie ukrywanych pod mniej bądź bardziej skąpą bielizną zarówno przez mężczyzn jak i kobiety
- "wydaje mi się, że wydepilowane okolice genitaliów optycznie je powiększają… jak sądzisz?"
Śpię zwinięty w kłębek, jakbym sam rozpaczliwie i żałośnie próbował siebie objąć, zasypiam szybko i głęboko, spoglądając w ostatnich chwilach tego śmiesznego procesu na palącą się niebieską gwiazdkę, gwiazdka jest prezentem od Ciebie, powodem pierwszej dość nagłej styczności ust, katalizatorem niedających się przewidzieć uczuć i zdarzeń, od czasu pierwszego zapalenia gwiazdki minęło ponad trzy miesiące, a ona wciąż daje z siebie dużo blasku oświetlając szafę oklejoną czarno-białymi zdjęciami i nie chce przestać.
Dziewięć dni temu podzieliłem swój świat na dwie równe części krojąc go z uwagą jak pyszny urodzinowy tort, jedna z nich została u Ciebie, drugą zabrałem ze sobą, żeby całkiem nie zwariować, schowana głęboko we mnie już dawno odkryta czeka spokojnie, bo kocha, a kochać lubi nad wszystko.
2005-03-14 15:55:16 skomentuj
Bal dla lal
Chciałoby się uciec gdzieś przed tym dziwnym okresem przedmaturalnym, nerwowością i obawami. To gdzieś wcale nie takie niesprecyzowane, bo może zielony fiord norweski okupowany przez moje granatowe trampki, może w imię kompromisu afrykańskie ciepło i ładujące baterie dobrego nastroju słońce, może tylko piwo z sokiem imbirowym w ciepłej, dusznej kawiarni, piwo, zza którego patrzą na ciebie duże, ciemne oczy, a usta wydychają gęsty papierosowy dym - cholernie drogie chwile.
Miś w szaliku kupiony przez Jego pachnące czekoladą dłonie przyczepił się do mojej torby tuż przy zimnym breloczku ze stali. Doris zabiera go wieczorami około godziny 18 do swojego pokoju gdzie wnioskując po odgłosach ustawiania małych, białych filiżanek i muzyce „fasolek” odbędzie się bal. Ubrana w przykrótką różową sukienkę wręcza mi zaproszenie w kolorowej kopercie, wznosząc błagalnie wzrok prosi żebym się pojawił i ubrał „ten czarny krawat”. Częstuje mnie herbatą, której nie ma, przyciskając misia do policzka nuci tekst piosenki o fantazji i uśmiecha się jakby dziękując, że przyszedłem. Miś wraca na miejsce, swoim szalikiem zdjął z buzi Doris kilka brokatowych płatków.
Kulminacja nastąpiła. Jak dobrze, że nawet nie musiałem jej w niczym pomagać, chyba nie dałbym rady, teraz, gdy czas wypełnia mi wpatrywanie się w sufit z perspektywy łóżkowej, podłogowej, krzesłowej i wielu innych, na wiele rzeczy nie ma siły, a tyle marzeń i planów czeka z niecierpliwością na ziszczenie i realizację.
Potrzebuje niezawodnego planu na życie i zapewnień, że będzie dobrze, potrzebuje Jego, bo powoduje, że zachowuje się dziwnie, jakby zwiększając produkcję serotoniny, mogę dotykać i patrzeć do końca świata w przeświadczeniu, że nie traciłbym czasu – infantylnie, ale inaczej nie potrafię.
2005-02-07 14:20:13 skomentuj
polubiłem pomarańczowy...
Otwieranie oczu rano sprawia mi co raz większy ból i przykrość. Dni są teraz wypełnione brudnymi kubkami po taniej kawie, zapachem kserokopii i kurzu osiadłym na nie czytanych książkach biblioteki szkolnej. Doris struże dla mnie ołówki kręcąc korbką małego fioletowego pudełeczka i testuje je przyciskając ostry rysik do koniuszka palca, mówi, że to lubi mała masochistka. Włosy nie pierwszej świeżości, chowam pod czapką, chyba są wściekłe, nawet nie chce mi się im tłumaczyć, że nie mam sił się nimi zajmować.
Niezdefiniowane myśli kiedy patrzę w jeden punkt przez 30 minut mówią mi, że nadchodzi kulminacja spożycia, oczekiwań, pragnień i marzeń. Czekam więc z niekrytym lękiem, zamykając oczy i zatykając uszy stoperami w kolorze niebieskim, a przyszłość wciąż leci ze mną w kulki nie dając się przewidzieć.
Poszukuje lokacji sylwestrowej jako nieszkodliwy 18 letni wybrakowaniec, gwarantuje bezpłatny dowóz trunków i pirackich płyt, ewentualnie spełnię życzenia specjalne (oryginalne i dwuznaczne lubimy najbardziej).
2004-12-04 14:48:58 skomentuj
podwodnie
Wyobrażałem sobie kiedyś zanurzając głowę w wodzie podczas kąpieli, że wokół mnie pływają małe delfiny, słyszałem wydawane przez nie odgłosy więc było mi łatwiej. Kiedy pytałem mamy czy to możliwe zawsze pukała się w głowę, tym samym skłaniając mnie do uznawania siebie za nienormalnego i tłumienia jeszcze wtedy sprawnej wyobraźni dziecięcej. Robiła tak zawsze kiedy opowiadałem jej o czymś co lubiłem, co mnie interesowało, albo co wydawało mi się piękne.
Teraz już nie ma delfinów, za to jest przyjemność ze wstrzymywania oddechu pod wodą, kiedy czuje się pulsujący ból głowy i nie jest to spowodowane chęcią bicia rekordów czasowych, ale krótką ucieczką przed natrętnymi myślami.
Doris od godziny siedzi przy swoim biurku i zdaje się intensywnie o czymś myśleć co chwile chwytając ołówek i mocno przyciskając go do czerwonej kartki.
- nie jesteś ciekaw co piszę? To list do kogoś bardzo ważnego! Nie muszę nawet pisać adresu...
Mówiąc to starannie złożyła kartkę i włożyła ją do koperty o tym samym kolorze, zaklejając naklejką z ulubioną postacią rysunkową: Hello Kitty. List znalazł swoje miejsce na parapecie, zmuszony do bliskości z zimną szybą okna, wkrótce dołączy do niego talerzyk z biszkoptami i szklanka mleka z miodem, jak co roku w noc 6 grudnia.
2004-11-10 15:18:58 skomentuj
|
|